Archiwum luty 2014


lut 06 2014 Wiele książek na temat Sakramentu Małżeństwa...
Komentarze (0)

Zapraszamy na tolle.pl - Księgarnia katolicka posiadająca wiele książek na temat sakramentu małżeństwa. Dowiedz się jak postępować w twoim małżeństwie aby było już tylko lepiej.

WEJDŹ DO KSIĘGARNI

lut 06 2014 Zacznijmy od podstaw.
Komentarze (0)
Sztuka uwodzenia własnej żonyChoć twój praktyczny umysł może uznać to za bzdurę, zdarzają się wzorowe małżeństwa. Znam kilka takich i w takim właśnie żyję. Wnoszą na ziemię odrobinę nieba. Są efektem przemyślanych poczynań. Niektórzy ludzie interesu mają zwyczaj sporządzania list ważnych spraw. Może to nie jest twoja specjalność. Moja też nie. Mimo to spróbuję zrobić taką listę, ponieważ to doskonale unaocznia problem i pobudza do myślenia. Kiedy wszystkie aspekty sprawy uda się ująć w punktach, od razu lepiej widać całość. Nadeszła pora na sporządzenie krótkiej listy obejmującej twoje sugestie dotyczące relacji z żoną. Ujmij w punktach to, co chciałbyś w niej zmienić. Może to wyglądać tak:
 
Chcę, żeby moja żona:
1. Lepiej zajmowała się domem.
2. Bardziej cieszyła się seksem.
3. Była zdolna do samokrytyki.
4. Pozwoliła mi krócej trzymać dzieci.
5. Ładniej wyglądała, kiedy wracam do domu.
6. Nie krzyczała na dzieci.
 
Jeżeli ulegniesz namowom żony i pokażesz jej tę listę, być może odrzuci twoje prośby i trudno ci będzie odzyskać stracony teren. Jeśli jednak te życzenia są rozsądne, to możesz oczekiwać, że większość z nich zostanie spełniona, pod warunkiem, że twoje podejście do przemian będzie właściwe. Nie martw się brakiem postępu w jakiejś dziedzinie. Gdy twoja żona zacznie przeobrażać się z poczwarki w motyla, będziesz się cieszył spełnieniem wszystkich marzeń.
 
Po drugie, sporządź listę cech, które podobają ci się w żonie. Znam starą historię z czasów Dzikiego Zachodu o młodej, pełnej życia kobiecie. Miała silną wolę, była energiczna, pełna radości i szczęśliwa. Poślubiła starszego mężczyznę, który uważał, że kobietę powinno się widzieć, ale nie słyszeć. Miała bez narzekania przez cały dzień spokojnie pracować, a wieczorem spełniać małżeński obowiązek. Natura tej kobiety buntowała się przeciwko takiej wegetacji. Pragnęła cieszyć się życiem, próbowała coś zmienić. Mąż postanowił, że złamie jej nieugiętego ducha, nawet jeśli miałby poświęcić na to całe życie. Mógł postąpić mądrze i to, co uważał za jej słabość, przemienić w siłę, ale uczynił inaczej i zabił kurę znoszącą złote jajka. Poniżał żonę, ośmieszał ją i krytykował. Dzierżył w ręku bat i używał go przy każdym przejawie niezależności. A potem, ku swemu zmartwieniu, dostrzegł, że zniszczył to, co go w niej najbardziej pociągało. Straciła urodę i energię, poddała się i przez resztę życia była złamana, zraniona, zmęczona i przedwcześnie postarzała.
 
Być może twoja opiekuńcza natura buntuje się przeciw takiemu człowiekowi. Uważasz, że należałoby go końmi włóczyć. Prawo w większości państw zabrania wprawdzie bicia żon, ale dla kobiety równie bolesne jest łamanie jej ducha, gdy mężczyzna nie rozumie najgłębszych uczuć i potrzeb ani o nie nie dba. Taki człowiek może pewnego dnia obudzić się rano i stwierdzić, że nie kocha już swej żony. Straciła dla niego urok. Stała się męcząca i nudna. Mężczyzna nie przeczuwa nawet, że przyczyną tej zmiany na gorsze jest on sam.  Tak więc na następnej liście może znaleźć się wszystko, co lubisz w swojej żonie i nie chcesz, by kiedykolwiek to utraciła:
 
1. Dobrze gotuje.
2. Nie jest rozrzutna.
3. Potrafi udzielać cennych rad.
4. Nie chowa urazy.
5. Ma poczucie humoru.
6. Jest twórcza.
 
Możesz pokazać żonie tę listę albo oprawić w ramki i podarować jej z jakiejś szczególnej okazji.
 
Margaret Hardisty
Fragment z Książki: Sztuka uwodzenia własnej żony
lut 06 2014 Modlitwa
Komentarze (0)
Puzzle małżeńskieBardzo ważne sprawy w małżeństwie często ratuje modlitwa. Skoro wiemy, że małżeństwo nie jest za karę, a Bóg chciał dla nas dobrze, możemy prosić, nawet natrętnie, o wspomaganie, podpieranie i ratowanie naszego małżeństwa. Bóg chce, byśmy byli jedno - wolno nam dopominać się o to, by małżeństwo było widzialnym znakiem łaski, przede wszystkim dla nas samych, by było dobrym darem, byśmy my sami byli dobrym darem... Nie zawsze przyjaciele, koleżanki czy koledzy z pracy, nie zawsze rodzice, rodzeństwo, ale zawsze i na pewno Bóg jest dobrym adresatem wszystkich żali, próśb, pragnień i marzeń. Modlitwa pomaga zobaczyć nie tylko to, czego oczekujemy od naszego małżeństwa, od naszego współmałżonka, ale także to, kim chcielibyśmy się stać w małżeństwie...
 
Często mówi się o wspólnej modlitwie. Dla wielu jednak to nie jest takie proste, jeśli nie doświadczyło się jej we własnej rodzinie albo wspólnocie. Oczywiście, modlitwa to w ogóle bardzo ważna rzecz, ale teraz myślę o jej praktycznej stronie, jako części wspólnej małżeństwa. Jeśli uda się ją zadomowić, może być ona kołem ratunkowym i pierwszą pomocą, zwłaszcza jeśli jest związana z jakąś porą dnia. Wieczorny brewiarz przypomina mi graniczne prawe pasy na wielu drogach, tak zaznaczone, że gdy kierowca przysypia, słychać ostrzegawczy dźwięk - jeśli dzień był pełen spięć czy wzajemnej nieobecności, wieczorna modlitwa daje szansę na załagodzenie drobiazgów z całego dnia, na późniejsze wspólne przytulenie. Niekiedy jest to szansa bardzo niechętnie przyjmowana - bo jeszcze potrwalibyśmy w stanie słusznego oburzenia. Jonasz mówi do Boga: słusznie gniewam się śmiertelnie, i Bóg reaguje cierpliwie stwarzaniem możliwości rozmowy, miejsca na marudzenie, ale i wyjaśnianie swoich intencji. Oczywiście, tylko Bóg ma zawsze czyste intencje.
 
Wspólna modlitwa musi odpowiadać obojgu, to zbyt intymna sprawa, aby coś narzucać. Jedni traktują ją na luzie, jako szansę wygadania się przed Bogiem i małżonkiem, inni wolą formy bardziej tradycyjne i bezpieczniejsze dla osób mniej elokwentnych, jak różaniec. Z czasem formę można zmienić, jednak najważniejsze wydaje mi się, że jeśli przerwało się wspólne odmawianie modlitwy, można w każdej chwili, bez wnikania w to, dlaczego i kto zawinił, zacząć od nowa. Forma z czasem na pewno będzie się rozwijać i zmieniać, jednak trzeba zacząć i dać sobie szansę na stworzenie jakiejś wspólnej tradycji. Jeśli ktoś wynosi z domu czy wspólnoty ściśle określoną świadomość „jedynie słusznej koncepcji" najlepszej modlitwy, może mieć z nią kłopot. Znajoma para opowiadała z humorem, jak wprowadzenie zwyczaju wspólnej modlitwy stało się przyczyną wielkich nerwów i codziennych nieporozumień. Tą trudną formą małżeńskiej modlitwy był różaniec. Było to kłopotliwe do tego stopnia, że czasem, poirytowani, szli modlić się osobno. Ile rzeczy jest do uzgodnienia!
 
Kto zaczyna, czy mówimy po połowie, czy wspólnie, jak podajemy intencję, jak określać dziesiątkę, odmawiamy na siedząco, klęcząco czy stojąco? Kto trzyma różaniec? Duży czy mały, skoro to tylko jedna dziesiątka? Jednak ćwiczona w związku ze wspólną modlitwą umiejętność negocjacji przyda się z pewnością w wielu sytuacjach codziennego życia.
Czasem mamy sytuację typową w małżeństwie: każde chce najlepiej, tylko potem nie ma ani modlitwy, ani wspólnego wieczoru... Para od sporów różańcowych najpierw przestała się modlić, a potem przeszła na inne formy, by po latach ze śmiechem wrócić do różańca, tym razem niezwykle urozmaiconego -kolejno według pomysłu każdego z nich. Z kolei dyskusje na temat intymności modlitwy mogą być pomostem do rozmów na temat intymności ciała.
 
Być może znów każde ma swoją „jedynie słuszną koncepcję", ale tak naprawdę chodzi też o to, by ostatecznie wspólny wieczór był udany. Niewiele dobra uda nam się zdziałać w małżeństwie, jeśli narzucimy własną „jedyną słuszną koncepcję". Także i ten moment naszego bycia razem wymaga uwagi i umiejętności wypracowania kompromisu.
 
Wspólna modlitwa pozwala także zobaczyć siebie przez inne okulary. To dobry moment, aby uznać, ze w czasie jej trwania obowiązuje inny porządek. Właśnie tu i teraz na chwilę przestaniemy wytykać sobie nasze słuszne żale, a zajmiemy się powtarzaniem słów zawsze ważnych. Święto, liturgia, zwyczaje i tradycje pozwalają nam na wyjście - chociaż na jakiś czas - z utartych kolein codzienności, stereotypów... I spojrzenia na siebie poprzez słowa Biblii, liturgii... Radością małżonków może być także wspólna Eucharystia, wspólne pójście do komunii. Może to być doświadczenie wielkiej jedności, pojednania, przebaczenia, nowego początku po jakimś sporze. Trzeba dać sobie szansę. Jeśli małżonkowie chodzą na Mszę świętą osobno, bo akurat tego wymaga sytuacja (na przykład ze względu na małe dzieci), trzeba przynajmniej starać się, aby wspólnych Mszy niedzielnych było jak najwięcej. Eucharystia niesie dar jedności, komunii, a to w małżeństwie jest szczególnie ważne...
 
Monika Waluś
 
o.Ksawery Knotz OFMCap Monika Waluś
Fragment z Książki: Puzzle małżeńskie
lut 06 2014 Dlaczego dla określenia małżeństwa katolickiego...
Komentarze (0)

Małżeństwo, problem czy szansa, pytania i odpowiedziDo opisania małżeństwa używano wielu określeń; jeszcze do niedawna najczęściej spotykanym słowem był „kontrakt". Niesie ono ze sobą wrażenie jakiegoś aktu prawnego, zawieranego zazwyczaj pomiędzy dwiema stronami. Często pada pytanie: „Czy strony dopełniły wszystkich warunków kontraktu?" - w tym kontekście strony mogą być całkowicie nieusatysfakcjonowane sobą nawzajem, niemniej jednak obydwie starały się jak najdokładniej  wypełnić zawartą wcześniej umowę. Natomiast słowo „przymierze” kładzie szczególny nacisk na relację, która - ze względu na swe konotacje biblijne - wiąże się z obecnością Boga oraz większej wspólnoty. Współczesny kodeks prawa kanonicznego dobrze oddaje takie właśnie, nowe rozumienie małżeństwa: kodeks z roku 1917 używa określenia „kontrakt", natomiast ten z roku 1983 mówi już o „przymierzu".

Słowo „sakrament" ma znaczenie podobne do słowa „przymierze". Znaczenie jego można różnie definiować - my przyjmujemy, że jest to oficjalny, publiczny akt zawarty we wspólnocie chrześcijan, który angażuje zarówno Boga, parę młodą, jak i całą wspólnotę. Młodzi publicznie deklarują wzajemną miłość, a rodzina i przyjaciele radośnie ów fakt świętują. Oczywiście sakrament nie kończy się na samej ceremonii zaślubin - trwa on przez całe życie małżonków; ślub jest jedynie wstępem do jego przeżywania. Przez całe wspólne życie mają oni oddziaływać nie tylko na siebie nawzajem, ale i na całą wspólnotę.
 
Catherine Johnston, Daniel Kendall SJ, Rebecca Nappi
Fragment z Książki: Małżeństwo, problem czy szansa, pytania i odpowiedzi
lut 06 2014 Małe zło prowadzi do większego
Komentarze (0)

Krokodyl dla ukochanejKiedy w małżeństwie dzieje się zło, żona ma obowiązek uświadomić mężowi, że nie daje na nie przyzwolenia. W miarę swych możliwości, a nie są one małe, powinna się temu złu przeciwstawiać, a nie ulegać dla świętego spokoju. Tym bardziej, że ten spokój wcale nie jest taki święty i ostatecznie położy się cieniem na związku.

Rodzinne dramaty często mają niewinny początek - ona, chcąc uniknąć awantur, zgadza się na drobne rzeczy, niestosowności w jego zachowaniu, choć wyraźnie widzi, że godzą w jej kobiecość, godność. Myśli sobie: „Tyle jeszcze zniosę". Pozwala na drobiazgi, a potem te drobiazgi niepostrzeżenie rosną, w końcu dom zmienia się w piekło. Ona już zupełnie nie jest szanowana, jest pomiatana, nierzadko bita. Niesamowite, nie do opisania rzeczy dzieją się nieraz w małżeństwie. Po ludzku nie widać czasem żadnego dobrego rozwiązania.
 
Jacek Pulikowski
Fragment z Książki: Krokodyl dla ukochanej
lut 06 2014 Co to znaczy kochać siebie?
Komentarze (0)

Jak kochać i być kochanymKiedy byłem jeszcze młody i pełen zapału, powiedziałem pewnemu starszemu i mądrzejszemu ode mnie człowiekowi, że całe moje życie i wszystkie siły chcę poświęcić kochaniu innych. On zaś łagodnie zapytał, czy mam zamiar z równą determinacją kochać siebie. Odparłem, że kochanie innych nie pozwoli mi na to, po prostu zabraknie mi czasu. Było to bardzo wzniosłe oświadczenie. Mój starszy i roztropniejszy przyjaciel zamyślił się, potem przyglądał mi się i w końcu rzekł: „Obrałeś samobójczą drogę". Ja na to z entuzjazmem: „Ale jakże piękna to droga" Lecz to on miał rację. Po latach pojąłem to, co on zrozumiał już wówczas: prawdziwa miłość do innych wyrasta z prawdziwej miłości do samego siebie.

Aby pojąć, co znaczy kochać samego siebie, należy najpierw zapytać, co znaczy kochać drugą osobę. W tym rozdziale chciałbym dotrzeć do głębszych znaczeń i konsekwencji miłości. Na razie powiedzmy sobie tylko, że uczucie to polega co najmniej na trzech sprawach:
 
1. Miłość szanuje i utwierdza bezwarunkową i unikalną wartość osoby kochanej.
2. Miłość uznaje i próbuje wypełnić potrzeby osoby kochanej.
3. Miłość przebacza i zapomina niepowodzenia osoby kochanej.
 
Jeżeli nam się nakazuje, abyśmy „kochali bliźniego swego jak siebie samego", to najprostszą implikacją tego przykazania jest następujący wniosek: cokolwiek czynilibyśmy naszemu bliźniemu, w pierwszej kolejności powinniśmy uczynić to sobie. Innymi słowy - musisz obie osoby traktować jednakowo. Musisz kochać dwoje ludzi: siebie i swego bliźniego. Nie możesz kochać tylko jednego z nich.
 
Chcąc zrozumieć, jak to wygląda w praktyce, wyobraź sobie, że jesteś osobą obcą, którą musisz naprawdę kochać. Stań obok i z pewnego oddalenia zapytaj siebie: czy rzeczywiście próbowałeś dostrzec i utwierdzić jego (twoją) bezwarunkową i niepowtarzalną wartość? Czy naprawdę liczysz się z jego (twoimi) potrzebami i czy starasz się je zaspokoić? Czy naprawdę mu (sobie) przebaczyłeś jego słabości i błędy? Rozważ to, czy myślisz o nim równie dobrze i życzliwie, jak o tych ludziach w twoim życiu, których kochasz najbardziej? Czy dajesz mu tyle samo ciepła i zrozumienia, co im?
 
Na zakończenie - jeden przykład. Powiedzmy, że ktoś prosi cię o przysługę. Miłość bezwzględnie nakazuje ci, abyś spełnił potrzebę przyjaciela, ale jest jeszcze ktoś inny, kogo musisz wysłuchać z uwagą: ty sam. Popatrzmy więc na twoje potrzeby. Jedną z podstawowych jest potrzeba wychodzenia ku innym ludziom z miłością. Na to, aby być kochanym, istnieje tylko jeden sposób: po prostu kochać innych. Jedynymi naprawdę szczęśliwymi ludźmi są ci, którzy znaleźli kogoś, kogo można kochać i do kogo można należeć. Możesz jednakże mieć i inne potrzeby, które trzeba rozważyć. Na przykład potrzeba odpoczynku, albo musisz wykonać jakieś pilne obowiązki itd. I może się tak złożyć, że przemyślawszy to wszystko, będziesz musiał odmówić prośbie przyjaciela. To wszystko, co dotychczas wam przekazałem, nie jest zamykaniem się w sobie, ani narcyzmem. Jest to po prostu opis zrównoważonej miłości, otaczającej jednakową troską siebie i bliźniego. Owszem, ta równowaga może zostać zachwiana, gdy całe zainteresowanie będzie się skupiało wokół własnej osoby, lub też zostanie przesunięte ku bliźniemu. Jednak żadna z tych krańcowych postaw nie jest w stanie zapewnić człowieczeństwa. Żadna nie jest prawdziwą miłością.
 
John Powell
Fragment z Książki: Jak kochać i być kochanym
lut 06 2014 Uczucia się zmieniają
Komentarze (0)

Ewa czuje inaczejCzy powyższe rozważania nie są przypadkiem dzieleniem włosa na czworo? Jestem przekonany, że nie, ponieważ mylenie miłości z uczuciami może pociągać za sobą poważne zagubienie się w życiu. Zmiana uczuć na mniej intensywne czy mniej przyjemne interpretowana jest nierzadko jako kres miłości. Podkreślam: uczucia z natury swej są zmienne. Zależą od aktualnych przeżyć oraz doznań i przemieniają się w sposób naturalny z wiekiem. Uczucia nastolatka są i mają być inne niż pięćdziesięciolatka (jak żałosny jest pięćdziesięciolatek udający nastolatka). Jakże często rozpędzone intensywne uczucia młodych, wsparte bliskością cielesną, interpretowane są jako wielka miłość i leżą u podstaw decyzji o małżeństwie, którą nierzadko przyspiesza poczęcie dziecka.

Jacek Pulikowski
Fragment z Książki: Ewa czuje inaczej
lut 06 2014 KOBIECE SERCE
Komentarze (0)

Dzikie serce tęsknoty męskiej duszyPrzekonałem się, że także w sercu kobiety znajdują się trzy istotne pragnienia, które nie są całkiem odmienne od męskich, a jednak pozostają wyraźnie kobiece. Nie każda kobieta pragnie stoczyć walkę, ale każda chce, by o nią walczono. Wsłuchajcie się w tęsknotę niewieściego serca: nie tylko chce być zauważona — chce być upragniona. Chce, by się o nią starano. „Chciałabym po prostu być dla kogoś najważniejsza", powiedziała mi pewna przyjaciółka po trzydziestce. Jej marzenie z dzieciństwa o rycerzu w lśniącej zbroi, przybywającym, by ją uratować, nie jest tylko dziewczęcą fantazją, ale rdzeniem jej niewieściego serca, życiem, do którego —jak wie — została stworzona. Tak więc Zach w Oficerze i dżentelmenie wraca do Pauli, Frederick w Małych kobietkach wraca do Jo, a Edward w Rozważnej i romantycznej wraca, by wyznać Eleonorze swoją wiecznie żywą miłość.

Każda kobieta chciałaby także dzielić z kimś przygodę. Jednym z ulubionych filmów mojej żony jest Człowiek znad Śnieżnej Rzeki. Uwielbia scenę, w której Jessica, piękna młoda kobieta, zostaje uratowana przez Jima, swego bohatera, i razem jadą na koniu przez pustkowia australijskich gór. „Chciałabym być Isabo z Zaklętej w sokoła", wyznała inna przyjaciółka. „Chciałabym, żeby ktoś mnie cenił, chciałabym, żeby ktoś się o mnie starał, walczył o mnie — tak. Ale także chciałabym być silna i uczestniczyć w przygodzie". Tylu mężczyzn popełnia błąd, uznając, że to kobieta jest przygodą. Wtedy ich związek zaczyna się psuć. Kobieta nie chce być przygodą, chce, aby porwało ją coś wielkiego, nieznanego. Nasza przyjaciółka ciągle powtarza: „Znam siebie i wiem, że nie jestem przygodą. Zatem gdy mężczyzna daje mi to do zrozumienia, natychmiast zaczyna mnie nudzić. Już to zaliczyłam.
 
Chciałabym czegoś, czego jeszcze nie znam". W końcu, każda kobieta pragnie posiadać ukryte piękno, które można by odsłonić. Nie wyczarować, ale odsłonić. Większość kobiet już od dziecka czuje silną presję, żeby być piękną, ale o tym nie mówi. Istnieje takie głębokie pragnienie, by po prostu i naprawdę być piękną i cieszyć się tym. Większość dziewczynek pamięta, jak bawiły się w przebieranie, w wesele czy w „wirujące spódnice", i jak zakładały na siebie kwieciste sukienki, które świetnie się do tego nadają.
 
Dziewczynka ubrana w swoją najładniejszą sukienkę wchodzi do salonu i kręci się wkoło. Pragnie spodobać się tatusiowi. Moja żona wspomina, jak będąc pięcio-czy sześcioletnim dzieckiem, weszła na stolik do kawy i wyśpiewywała radosne piosenki na cały głos. „Widzicie mnie?", pyta serce każdej dziewczynki. „I czy podoba się wam to, co widzicie?" Świat zabija serce kobiety, każąc jej być twardą, skuteczną i niezależną. Niestety, chrześcijaństwo także nie zna jej serca. Wejdźcie do większości kościołów w Ameryce, rozejrzyjcie się i zadajcie sobie pytanie: Jaka jest chrześcijanka? I znowu, nie słuchajcie tego, co wam mówią, rozejrzyjcie się i sami przekonajcie. Nie ma wątpliwości. Będziecie musieli przyznać, że chrześcijanka jest... zmęczona. Jedyne, co mamy do zaoferowania kobiecej duszy, to nacisk, żeby „była dobrą sługą". Nikt nie walczy o jej serce, nie czeka na nią żadna wielka przygoda, w którą mogłaby być wplątana, i każda wątpi, czy w ogóle ma jakieś piękno do odsłonięcia.
 
John Eldredge
Fragment z Książki: Dzikie Serce - Tęsknoty męskiej duszy
lut 06 2014 GENEZA I „SZTUKA" MIŁOŚCI
Komentarze (0)
Miłości trzeba się uczyćJuż powinniśmy wiedzieć z naszych poprzednich rozważań, a przede wszystkim z własnych przemyśleń i doświadczeń, że istnieją więcej niż „cztery miłości" (tytuł książki S. C. Lewisa);  że jest wiele postaci miłości do samego człowieka, jak miłość bliźniego (ogólnoludzka),  miłość erotyczna, małżeńska czy rodzicielska; a przecież istnieje też miłość do Boga, do  Ojczyzny, a nawet do przyrody, do gór, morza czy kwiatów...  Wiemy, że u podstaw tych wszystkich postaci - jeżeli one mają być autentyczną miłością —  musi się znajdować miłość fundamentalna z komponentami i cechami, opisanymi przez  E. Fromma (widzenie wartości, szacunek, życzliwość, troska, odpowiedzialność, poświęcenie  - oddanie). 
 
Z kolei myślący człowiek stawia sobie pytanie: Jaka jest geneza miłości - skąd miłość  pochodzi? A za tym - i drugie pytanie: Jak miłość rozwijać i ubogacać -jak jej się uczyć?  E. Fromm we wstępie do książki O sztuce miłości usiłuje jej obecność w człowieku wyjaśnić  w sposób naturalny, odwołując się do procesów psychicznych. Wyraża pogląd, że człowiek  z chwilą uzyskania na drodze ewolucji świadomości - oderwał się od przyrody nieświadomej  i nierozumnej, z którą był bez reszty zespolony i poczuł się dramatycznie osamotniony.  W poszukiwaniu dróg przezwyciężenia tej samotności „znalazł miłość", która jednoczy go z  drugim człowiekiem, nie zabierając mu świadomości i nie naruszając jego indywidualności i osobowości. Otóż od strony zjawiskowej - to prawda, że miłość jest tą więzią, która uwalnia człowieka od samotności, a zarazem zachowuje, a nawet ubogaca jego indywidualność i osobowość. 
 
Ale jakim sposobem ta cudowna wartość znalazła się na ziemi? Jak mogła wyłonić się z żaru i chłodu kosmosu? Oczywiście, przed tym pytaniem jawią się wcześniejsze pytania: Skąd się wzięła materia? Kto jej nadał taką dynamikę rozwojową, ewolucyjną? Skąd tyle piękna i mądrości, zaklętej w ogromie kosmosu, w drobinie atomu czy komórce organicznej? Na te pytania nie odpowiada żadna teoria rewolucji, która jest jeszcze jednym znakiem zapytania. I tak pytania płyną jak rzeki, a sama nauka nie daje na nie odpowiedzi. Błażej Pascal, genialny fizyk i matematyk z XVII w. ukazał jakby w świetle błyskawicy wielkość miłości w jednym zdaniu swego testamentu: „Myśl ludzka -napisał - jest ważniejsza niż cały materialny wszechświat, a jedno drgnienie miłości jest ważniejsze niż wszystkie myśli ludzkie". Znów pytamy: Czyż to radosne drgnienie, ta żywa iskra miłości mogła się zrodzić w odmętach nierozumnej i nieświadomej materii? Czyż to „drgnienie" tylko jakimś przypadkiem mogło się przekształcić w potężną i uszczęśliwiającą siłę, która zespala dwoje ludzi, ludzkie rodziny, która prowadziła i prowadzi do heroicznych poświęceń, do oddania za innych życia, jak to uczynił np. św. Maksymilian Kolbe? 
 
Nie! - to nie w materii i nie w przypadku tkwi jej źródło. Ona musiała wyjść z ogniska żywej, odwiecznej Miłości. Objawienie Chrystusa uczy, że Samoistny, Przedwieczny Bóg nie tylko  „posiada" miłość, lecz jest samą Miłością. I cokolwiek Bóg czyni, to czyni nie tylko z miłości, ale jako sama Miłość. I wtedy jasne się staje, że to On zaszczepił w serce ludzkie płomyk boskiej miłości. A więc jak cały wszechświat, jak ziemia, jak człowiek, tak i miłość w człowieku pochodzi od Boga. 
 
Równocześnie z zasianiem ziaren miłości Stwórca daje człowiekowi impuls i polecenie, aby strzegł tego ziarna jak źrenicy oka. W swoim największym przykazaniu nakazał człowiekowi: „Będziesz miłował!..." Jak to czynić? W pierwszej odpowiedzi na to pytanie pomocne nam będzie przypomnienie, że rozwój miłości zaczyna się od spostrzeżenia, poznania i uznania wartości. Początek miłości jest jakby spontanicznym rezonansem na spostrzeżoną wartość. A im bardziej tę wartość odkrywamy i poznajemy, tym bogatszy staje się rezonans.
 
Jeśli więc chcesz kochać Boga, poznawaj Go coraz głębiej. Poznawaj Jego Wielkość, Nieskończoność, Doskonałość, Dobroć i Miłość. Nigdy GO nie poznasz do końca; On zawsze musi pozostać tajemnicą: „Bóg, którego bym pojął, przestałby być Bogiem". Wszakże refleksją teologiczną mogę przenikać w głąb Jego tajemniczego Jestestwa i fascynować się Jego przymiotami. Poznawaj Chrystusa, Jego Dobrą Nowinę i Łaskę dla człowieka — a wtedy twoja dusza zacznie ulegać, oddawać się Bogu, czyli wchodzić na szczyty miłości fundamentalnej. Wtedy do twej miłości niepostrzeżenie włączy się i miłość uczuciowa i może stać się wiernym towarzyszem twej drogi na szczyty fascynacji Bogiem, co ma miejsce z wirtuozami miłości - ze świętymi. 
 
Analogicznie przedstawia się sprawa z miłością do człowieka. Człowiek jako istota stworzona  na obraz i podobieństwo Boga, jako istota odkupiona Krwią Chrystusa i przez Niego kochana, stanowi wartość po Bogu najwyższą - niezależnie od swoich zalet, wad, a nawet zatarcia obrazu Bożego w sercu. Otóż odkrywanie tych i innych aspektów wartości człowieka - niekoniecznie będzie w nas wywoływało ciepłe uczucia do niego - ale będzie kształtowało postawę szacunku, troski i odpowiedzialności, choćby tym człowiekiem był mój niesympatyczny współlokator, czy nawet oszczerca, brutal, nieprzyjaciel. 
 
W dalszej odpowiedzi na pytanie, jak rozwijać i ubogacać miłość, jak się uczyć miłości, sięgnijmy znów do wskazań E. Fromma. Już sam tytuł książki O sztuce miłości wyraża pogląd, że miłość jest „sztuką", że miłości można i trzeba uczyć się jak każdej sztuki - czytania, pisania, muzyki czy malarstwa - przez ciągłe, systematyczne ćwiczenia, zaczynając od rzeczy i zadań łatwiejszych i dążąc do coraz trudniejszych i bogatszych. 
Ale jakże ćwiczyć postawę woli czy uczucia? By odpowiedzieć na to pytanie, winniśmy przyjąć do wiadomości, że człowiek jest istotą psycho-fizyczną że stanowi jedność duszy i ciała, i że między tymi komponentami istnieje zależność funkcjonalna: to znaczy, że dusza ożywia ciało i wpływa na jego procesy i funkcje, a ciało ma wpływ na procesy i funkcje duszy. Wszystkie stany i procesy psychiczno-duchowe, jak myślenie, decyzje woli, uczucia - wyrażają się jakimiś znakami cielesnymi (zmarszczenie czoła, uśmiech, podniesienie ręki itp.). A każdy gest, ruch cielesny (jak podanie ręki, zaciśnięcie pięści, otwarcie ramion czy podniesienie głowy) wywołuje właściwe rezonanse w psychice. Ma tutaj miejsce niejako „działanie sprzężone".
 
Otóż miłość jako postawa wewnętrzna i duchowa wyraża się różnymi czynami, znakami zewnętrznymi; akceptacja i szacunek pozdrowieniem, podaniem ręki, pocałowaniem: troska - ofiarowaniem pomocy, podzieleniem się dobrami materialnymi, usługą radą. Cześć i miłość do Boga wyraża się również czynami zewnętrznymi - „zachowaniem przykazań", modlitwą, klękaniem, zawieszaniem emblematów, udziałem we Mszy Św., w Komunii Św., spowiedzią czynami charytatywnymi. Te i podobne czyny zewnętrzne wywołują odpowiednie reakcje w naszej woli i uczuciach - rozniecają i rozpalają iskry miłości wewnętrznej; taka praktyka ma wiele wspólnego z ratowaniem topielca: narzucone z zewnątrz ruchy oddychania rozbudzają wewnątrz niego iskrę życia. A im więcej takich czynów - ćwiczeń zewnętrznych, „narzuconych", tym większy płomień wewnętrzny. A im mniej „praktyk", tym mniej ciepła i żaru wewnętrznego. (Tutaj znajdujemy psychologiczną odpowiedź na pytanie, dlaczego tak szkodliwe dla życia religijnego, a więc i grzeszne jest zaniedbywanie praktyk religijnych, zwłaszcza niedzielnej Mszy Św., dlaczego „wierzący, ale nie praktykujący" zmierzają wprost do osłabienia miłości i utraty wiary). Natomiast 
systematyczne spełnianie różnych tego rodzaju „czynów — ćwiczeń" zewnętrznych, od łatwych i prostych do coraz bogatszych i trudniejszych, prowadzi do wysokich osiągnięć w zakresie tej najcenniejszej sztuki, jaką jest miłość. Tę sztukę w największych i heroicznych wymiarach opanowali kanonizowani i nie kanonizowani święci. Tę sztukę nazywa się experimentum fidei (doświadczeniem wiary). Dynamizm wiary przejawia się w życiu uczynkami płynącymi z miłości.
 
Tutaj jest miejsce na ważne podkreślenie: Ludzie uczący się sztuki miłości nie powinni czekać na okazję do wielkich czy heroicznych czynów i nie powinni wybierać w tym celu miejsca, czasu i ludzi. Ta nauka -„ćwiczenie" powinna obejmować przede wszystkim mikroelementy szarego, codziennego życia w swoim własnym środowisku (przede wszystkim: rodzina, szkoła, uczelnia, miejsce pracy). To przecież codzienność wypełnia głównie czas naszego życia, a głęboką myśl wyraża sformułowane przez Mickiewicza zdanie: 
 
„Trudniej dzień dobrze przeżyć, niż napisać księgę". 
 
Na drodze ubogacenia miłości do człowieka ważną rolę odgrywają przejawy i gesty codziennej kultury towarzyskiej, jak: pozdrowienie, dziękowanie, przebaczanie, przepraszanie, sprzątanie po sobie, spostrzeganie sytuacji bliźniego, choćby małe usługi wyświadczane matce, koleżance, panowanie nad złym humorem, gniewem, zachowanie ciszy, wprowadzenie atmosfery pogody i radości. Wielki pedagog chrześcijański naszego wieku, W. Foerster napisał w jednym ze swych licznych dzieł, że nauka miłości zaczyna się od pozostawienia po sobie czystej łazienki i cichego zamykania drzwi ze względu na drugiego człowieka. W ogóle stosowanie na co dzień kodeksu savoir vivre, kultura w drobiazgach: („proszę, przepraszam, dziękuję") nie może być pominięte w nauce miłości. 
 
Na końcu tego rozważania winniśmy jeszcze uświadomić sobie, że dążenie do nauki i sztuki miłości nie jest sprawą dowolną, jak uprawianie innych sztuk czy jakiegoś hobby. Do sięgania po naukę i sztukę miłości jesteśmy wezwani i zobowiązani przez Boga i Chrystusa. Cała Ewangelia wyraża to pragnienie Jezusa i to „największe przykazanie". Mówił On: „Ogień przyszedłem rzucić na ziemię i czegóż chcę, jeno aby zapłonął" (Łk 12, 49). Ale On nie tylko pragnie i wymaga miłości, lecz - co najważniejsze hojnie wspomaga każdego, kto ją w sobie rozwija.
 
Gdybyśmy byli pozostawieni własnym siłom, niedaleko byśmy zaszli na tej trudnej drodze, na której trzeba pokonać największego wroga miłości - egocentryzm i egoizm. Wielu ludzi, nie szukając tej pomocy, ulega zniechęceniu i rozczarowaniu: „To nie dla mnie... Owszem, heroizm miłości budzi we mnie podziw, alei lęk — gdzie mi tam z moimi słabościami... To przechodzi ludzkie możliwości..." 
 
I rzeczywiście, bez szczególnego wsparcia Bożego, bez specjalnych łask droga do wirtuozostwa w tej sztuce byłaby nieosiągalna. Natomiast „wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia" (św. Paweł). A Jezus każdego wspiera i wzmacnia, kto cierpliwie uprawia tę „sztukę nad sztuki". Udziela pomocy na każdej modlitwie, w każdym sakramencie, na każdej Mszy Św., przy podejmowaniu każdego najmniejszego dobrego czynu. Odmawia jedynie pomocy tym, którzy o Jego dary nie proszą, ich nie cenią i z nich nie korzystają. Nad nimi zawisła Jego groźna przestroga: „Nie rzucać pereł przed wieprze..." 
 
Wszyscy zaś cierpliwie pracujący, upadający, ale znów podnoszący się, mają Jego pomoc zapewnioną, bo „kochać — to znaczy powstawać". Drogę do wirtuozostwa sztuki miłości mają otwartą ludzie dobrej woli.
 
ks. Aleksander Zienkiewicz
Fragment z Książki: Miłości trzeba się uczyć
lut 06 2014 Miłość to zjednoczenie
Komentarze (0)
Jak pokonywać trudności małżeńskieBardzo pouczająca jest ta historia, dlatego pragnąłem opowiedzieć ją szerzej. Przypatrzymy  się jej, punkt po punkcie. Dlaczego pobrali się Doktor X i narzeczona? Czego oczekiwali od  małżeństwa? Odpowiedź jest oczywista: „Powiedz mi, że jestem twoja, twoja na zawsze!".  „Nie będę odtąd sam... będziemy we dwoje, serce przy sercu, dusza przy duszy!". Takiego  więc daru oczekiwali od życia małżeńskiego.  Oczekiwanie to nie wydaje się być dziwne czy jakieś wyjątkowe; owszem, tego oczekuje  wielu narzeczonych, liczni małżonkowie. Jeśli kto zakłada małżeństwo, czyni to dlatego, że  oczekuje podtrzymania lub wzrostu tego uczucia, często tak rozkosznego i satysfakcjonującego,  jakiego doświadczał w narzeczeństwie, gdy zorientował się, że należy do  kogoś, że znalazł kogoś, kto pragnie właśnie jego, chce być z nim w zjednoczeniu tak ścisłym, którego nie da się porównać do innych relacji ludzkich. „Kocham cię" -w ustach narzeczonych słowa te oznaczają: „Jestem twoja, jesteś mój, jesteśmy My”. Potem mijają miesiące, lata. Nierzadko pragnienie to w istocie pozostaje nietknięte, co więcej  dojrzewa, wzmacnia się mimo tylu nieuniknionych trudności. Wówczas małżeństwo doznaje  spokoju, intymnego szczęścia, które nieraz nie przebija na zewnątrz, ale które obydwoje  dobrze znają. 
 
Mają wszystko wspólne. Wspierają się, rozumieją; każde znajduje w drugim miejsce swego odpoczynku; każde odnajduje w obliczu drugiego swoją najprawdziwszą i najpiękniejszą  cząstkę i potrafi ją przeżywać. Stąd ich więź przyczynia się do ich duchowego wzrostu,  postępują naprzód, czyni ich mocnymi przy spokojnym sumieniu, że wspólnie poszukują  najpiękniejszych wartości.  Z odwagą stawiają czoło życiu, gdyż on nosi ją zawsze w swym wnętrzu jako obecność  ożywiającą ona natomiast jest zawsze z nim i wraz z nim oddaje się własnym obowiązkom.
 
Istnieją małżeństwa, w których „miłość" posiada precyzyjne znaczenie. Tak więc jedno  pragnie dla drugiego dobrego zdrowia, pogody ducha, pomyślności ekonomicznej, itd.  Ponadto kultywują również bardziej cenne dobra, jak dobro, którym są ich dzieci, ich zdrowy  i mądry wzrost. Troszczą się wspólnie o wszystkie dobra fundamentalne i niezastąpione.  Największym jednak i przewyższającym wszystko „dobrem" jest to cudowne „dobro" — „być  zjednoczonymi, razem" aż do najgłębszej istoty bytu, wzrastając razem i doskonaląc się  wspólnie. 
 
Oto najpełniejsza odpowiedź na nasze pytanie, jaką możemy wywnioskować z  doświadczenia: miłość to radość „bycia razem", tworzenia „jednej istoty", „życia jedno w  drugim", „przynależności do siebie", „chcenia i niechcenia tych samych rzeczy". Krótko  mówiąc pełną miłość przedstawia możliwie najpełniejsza i totalna jedność małżonków,  ubogacona radością wypływającą z tej jedności. 
 
Claudio i Violetta Mina
Fragment z Książki: Jak pokonywać trudności małżeńskie